Strona główna 9 Aktualny numer 9 Nie wszystko mieści się w katalogu. Opowiadanie-esej z elementami humoru, inspirowane praktyką w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego

Nie wszystko mieści się w katalogu. Opowiadanie-esej z elementami humoru, inspirowane praktyką w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego

utworzone przez | paź 22, 2026 | Aktualny numer, Jednostki UG, slider top

Do biblioteki przychodzimy z pytaniami, które rzadko są odpowiednie do wpisania w wyszukiwarkę. Czasem pamiętamy tylko kolor okładki. Czasem próbujemy ustalić, w jakim dziale własnego życia powinniśmy stanąć. Sześćdziesiąt godzin praktyki w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego nauczyło mnie, że dobry katalog pomaga nam znaleźć drogę, ale nie musi opisywać całego świata.

Znajomy uznał, że wybrałem idealną praktykę.

– Sześćdziesiąt godzin ciszy –
powiedział. – Człowiek odpocznie.


Pierwszego dnia przyjechałem czterdzieści minut za wcześnie, więc przez pewien czas rzeczywiście odpoczywałem. Stałem w holu z teczką pod pachą i miną sugerującą, że wiem, co robię. Teczka okazała się ważniejsza od identyfikatora, którego jeszcze nie miałem. Po kilku minutach podeszła do mnie studentka.

– Przepraszam, gdzie jest sekretariat?

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałem. – Jestem tutaj od siedmiu
minut
.

– Rozumiem. To powodzenia.

Tak rozpocząłem praktykę w Bibliotece Uniwersytetu Gdańskiego: od pytania, na które nie znałem odpowiedzi, i od studentki, której mimo najlepszych chęci nie potrafiłem jeszcze wskazać drogi do sekretariatu.

Później pytań było więcej: „Gdzie znajdę książki z psychologii?”, „Jak uruchomić automat?”, „Czy macie tę niebieską książkę o języku?”. Na początku odpowiadałem: „Jestem praktykantem”, jakby był to uniwersalny komunikat o czasowym wyłączeniu odpowiedzialności. Czytelnicy przyjmowali tę informację ze zrozumieniem, po czym spokojnie powtarzali pytanie.

Szybko nauczyłem się pierwszej zasady bibliotecznej: nie trzeba znać każdej odpowiedzi, ale trzeba wiedzieć, gdzie jej szukać. W dużej bibliotece kompetencja często polega na znalezieniu właściwego człowieka, numeru, bazy albo drzwi. Nie brzmi to bohatersko. Zresztą tak samo jest z większością pożytecznych rzeczy.

Po kilku dniach poruszałem się w bibliotecznej przestrzeni już pewniej. Pewnego razu przeszedłem szybkim krokiem przez hol, bo szukałem ładowarki. Trzy osoby uznały, że człowiek idący tak zdecydowanie musi tu pracować, i poprosiły mnie o pomoc. Ładowarki nie znalazłem. Za to wskazałem katalog, czytelnię i prawdo podobnie właściwe piętro. Bilans uznałem za dodatni.

Cisza również okazała się bardziej umowna, niż sądził znajomy. Skanery pikały, telefony dzwoniły, a wózki z książkami turkotały po posadzce, jakby miały kwadratowe koła. Drukarka alarmowała o braku papieru z intensywnością niewspółmierną do zagrożenia. Ekspres do kawy wydawał natomiast dźwięki świadczące o tym, że przed podaniem napoju musi rozstrzygnąć wewnętrzny spór natury technicznej.

Za tymi odgłosami kryła się praca, której czytelnik zwykle nie widzi. Obserwowałem ją, przechodząc przez kolejne oddziały – etapy życia książki w bibliotece. Najpierw trzeba zdecydować, czy książka trafi do zbiorów. Jeżeli tak, to należy ją zarejestrować, opisać i oznaczyć. Następnie znaleźć dla niej miejsce, udostępnić, czasem naprawić albo zeskanować. W Oddziale Promocji książka dowiaduje się jeszcze, że nawet najlepsza publikacja może prowadzić bardzo spokojne życie, jeżeli nikt nie powie o jej istnieniu.

W Oddziale Digitalizacji Zbiorów zobaczyłem coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać: moment, w którym książka dostaje drugie życie. Papierowy egzemplarz po wszystkim wraca na swoją półkę, nadal podlega czasowi, kurzowi i ostrożności ludzkich rąk. Jego druga postać trafia natomiast do świata, w którym nie ma półek, magazynowych korytarzy ani godzin otwarcia. Nie jest to nieśmiertelność. Cyfrowa kopia także zależy od ludzi, urządzeń i pamięci maszyn. Jest w tym jednak mały paradoks: książka, do której dostęp był dotąd związany z konkretnym egzemplarzem, może nagle pojawić się w wielu miejscach naraz. Jakby dostała przepustkę do równoległego wszechświata, nie opuszczając przy tym biblioteki.

Patrząc na pracę digitalizatora, zacząłem się zastanawiać, jak właściwie nazwać jego rolę w tej historii. Nie tworzy książki z niczego i niczego do niej nie dopisuje. A jednak coś tworzy: przejście. Pomaga rzeczy materialnej przekroczyć granicę między papierem a cyfrą. To trochę fotograf, trochę technik, trochę przewodnik między dwoma światami. Dzięki jego pracy książka nie przestaje być książką. Po prostu zyskuje jeszcze jeden sposób obecności.

Pomyślałem wtedy, że zmiana formy nie zawsze oznacza zerwa nie z tym, co było wcześniej. To akurat brzmiało znajomo.

Magazyn Składowy BUG był pod tym względem przeciwieństwem cyfrowego świata. Tam wszystko znowu miało ciężar: książki, regały, wózki, kolejne rzędy zbiorów. Do książki nie prowadziło kliknięcie. Trzeba było naprawdę do niej dojść, odnaleźć właściwe miejsce i wziąć ją do ręki. A jednak właśnie magazyn zapamiętałem jako jedno z najbardziej kameralnych miejsc całej praktyki. Nie musiał robić wrażenia. Miał własny rytm, życzliwy zespół i atmosferę miejsca, które niczego nie musi udowadniać.

Po pewnym czasie zacząłem myśleć, że miejsca też mogą mieć duszę. Jeśli magazyn ją miał, nie zawdzięczał jej dekoracjom ani nowoczesności. Raczej codziennym drobiazgom: odkładaniu książki na właściwe miejsce, pamiętaniu drogi między regałami, krótkim rozmowom między kolejnymi zadaniami i obecności ludzi, którzy wykonują te zadania niemal odruchowo. Czytelnik spotyka książkę na godzinę albo na tydzień. Magazyn mieszka z nią przez lata.

Było w tym coś domowego, choć przecież nie był to dom. Nie potrafię wskazać dnia, w którym przestałem czuć się tam jak praktykant z zewnątrz. Po prostu w pewnym momencie to uczucie zniknęło.

W Oddziale Opracowania Zbiorów zobaczyłem, że opis w katalogu nie jest zwykłym przepisywaniem tego, co znajduje się na okładce. Trzeba zbudować kilka dróg prowadzących do jednego egzemplarza. Książka stoi na jednej półce, ale może dotyczyć jednocześnie języka, historii, pamięci, polityki i prywatnego doświadczenia. Katalog nie przenosi jej w pięć miejsc. Pozwala do niej dojść z pięciu stron.

I wtedy katalog zrobił się dla mnie nieoczekiwanie osobisty. Poczułem, że jest rodzajem umowy między bałaganem świata a naszą potrzebą, żeby dało się do czegoś wrócić. Nie mówi wszystkiego o książce. Mówi tyle, by można ją było odnaleźć. Ta skromność spodobała mi się bardziej niż systemy, które lubią udawać, że wiedzą wszystko.

Sam długo próbowałem zrozumieć, pod jakim hasłem w katalogu mógłbym występować. Ekonomista i filolog. Człowiek funkcjonujący w więcej niż jednym języku. Student, którego biografia była dłuższa, niż przewiduje przeciętny formularz. Ktoś, kto kilka razy zaczynał od nowa, a jednocześnie nie chciał wyrzucać poprzednich rozdziałów tylko dlatego, że otwierał kolejny.

Formularze lubią jedną odpowiedź, bo jedna odpowiedź mieści się w rubryce. Życie ma mniej dyscypliny. Biblioteka podpowiada inne rozwiązanie: porządek może uwzględniać warianty. Wyszukiwanie potrzebuje jednej formy; życie – niekoniecznie.

Oczywiście systemy nie są nieomylne. W Oddziale Bibliografii i Bibliometrii dowiedziałem się, że różne warianty zapisu tego samego nazwiska potrafią sprawić, że publikacje jednego naukowca zostaną w bazie rozdzielone między dwa profile, jakby należały do dwóch różnych osób.

– To może być wygodne – zauważyłem. – Jedna osoba publikuje, druga odpoczywa.

Pracownica się roześmiała, a ja pomyślałem, że sam przez lata występowałem w dokumentach w różnych transliteracjach. Byłem jedną osobą, ale systemy miały w tej sprawie własne poglądy.

Najbardziej zaskoczył mnie chyba Oddział Zbiorów Specjalnych. Odczytywałem tam rosyjskie napisy na odwrotach starych fotografii. Niby kilka słów ołówkiem albo atramentem, a zwykłe zadanie nagle przestawało być zwykłe. Stara fotografia ma dziwną właściwość: zatrzymuje twarz, gest, czasem uśmiech, ale nie zatrzymuje wiedzy o człowieku. Po kilkudziesięciu latach ktoś może patrzeć z papieru zupełnie wyraźnie, ale to jedno wyblakłe słowo decyduje o tym, czy potrafimy jeszcze umieścić go w konkretnym miejscu i czasie.

Było pewne zdjęcie, w przypadku którego nie byliśmy pewni jednego słowa.

– Tu jest napisane „dyrektor”? – zapytała pracownica

– Raczej „redaktor”.

– To robi różnicę.

– Zwłaszcza w życiorysie.

Innym razem z jednego słowa zostało właściwie tylko kilka liter. Spróbowałem je odczytać, ale bez przekonania.

– Możemy zostawić znak zapytania – usłyszałem.

Ten znak zapytania zapamiętałem lepiej niż wiele instrukcji. Pomyślałem, że czasem bywa dokładniejszy od kropki. Kropka daje poczucie, że sprawa została zamknięta; znak zapytania uczciwie zostawia miejsce na to, czego jeszcze nie wiemy. W opisie zbiorów nie jest to słabość, lecz forma odpowiedzialności. Lepiej zaznaczyć granicę wiedzy, niż do pisać przeszłości słowo, którego nie potrafimy potwierdzić.

Czytając te napisy, miałem czasem wrażenie, że od kilku liter zależy zaskakująco wiele. Rozpoznanie nazwy miejscowości albo nazwiska nie wskrzeszało przeszłości, ale dawało jej punkt zaczepienia. Atrament blakł, litery zachodziły na zagięcia, nazwiska mieszały się z nazwami miejscowości. Pismo było śladem ręki, która dawno przestała pisać, a jednak nadal mogło coś uporządkować w naszej wiedzy o zdjęciu. Przeszłość rzadko przychodzi tu w pełnym zdaniu. Częściej zostawia datę, nazwisko, kilka liter albo znak zapytania.

Znajomość rosyjskiego, którym posługuję się od dziecka, okazała się wtedy konkretną kompetencją. Nie potrzebowałem całej historii. Mogłem odczytać kilka słów i pomóc przy opisie. Podobała mi się ta prostota: czasem miejsce nie pyta, skąd przynosimy daną umiejętność, tylko co można dzięki niej zrobić.

To doświadczenie trudno wpisać do zaświadczenia o odbytych praktykach. Dokument końcowy zawierał więc daty, nazwy oddziałów, liczbę godzin oraz życzliwą opinię o zaangażowaniu i punktualności. Punktualność faktycznie opanowałem bardzo dobrze: przychodziłem tak wcześnie, że przez kilkanaście minut mogłem obserwować, jak biblioteka przygotowuje się do przyjęcia ludzi, którzy bardziej ufają zegarkowi niż ja.

W zaświadczeniu nie znalazła się też kuchnia pracownicza, w której odkryłem osobny system obiegu zbiorów. Kubek bez nazwiska szybko przechodził do domeny publicznej. Podpisałem swój dużymi literami. Następnego dnia ktoś napił się z niego kawy.

– Nie zauważyłam podpisu – powiedziała pracownica.

– Widocznie opis miał za mało słów kluczowych – uśmiechnąłem się do niej.

Nie trafił tam również ekspres walczący o każdą filiżankę, student przekonany, że pracuję w bibliotece od dawna, ani moment, w którym pierwszy raz odpowiedziałem czytelnikowi bez zastrzeżenia, że jestem tylko praktykantem.

Najważniejszego skutku praktyki nie dało się jednak zmierzyć w godzinach. Przyszedłem jako student filologii polskiej, ciekawy pracy z książkami. Wyszedłem z myślą, że być może znalazłem środowisko, w którym różne części mojego życiorysu nie muszą się ze sobą kłócić: ekonomia z filologią, języki z dokumentami, potrzeba porządku z ciekawością tego, co z porządku wystaje.

Zadzwoniłem do znajomego.

– I jak sześćdziesiąt godzin ciszy? – zapytał.

– Głośniej, niż myślałem.

– To źle?

Spojrzałem na budynek biblioteki. Ktoś w nim pewnie właśnie szukał książki opisanej tylko kolorem. Ktoś poprawiał nazwisko autora. Ktoś zostawiał znak zapytania przy niepewnym słowie. Wszystko miało swój porządek, ale świat nadal trochę z niego wystawał.

– Nie – odpowiedziałem. – Właśnie przeciwnie.

Biblioteka nie podała mi gotowego opisu własnego życia. Pokazała tylko, że można porządkować świat, nie zamykając go w jednej rubryce. Dobry katalog zostawia więcej niż jedną drogę dojścia. Dobre życie chyba także.

Dmitrii Andreev